• Wpisów:33
  • Średnio co: 31 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 14:26
  • Licznik odwiedzin:2 598 / 1062 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Arakiel:

Jako dziecko uwielbiałem jeździć konno i opiekować się nimi. Na wsi wujek zawsze miał ich dużo. Ten Fryzyjski o maści karej przypominał mi dzieciństwo. Mamy się nimi opiekować więc pomyślałem że dobrze będzie zacząć od umycia.
- Cóż... miał ktoś kiedyś do czynienia z opieką nad końmi ? - pytam nie pewnie, wyprowadzając Fryza z boksu.
- Nie ? - odpowiada Irene a reszta milczy.
- No a więc hm... załóżcie ogłowie. To takie co się wkłada na głowę. - sam to robię pokazując jak właściwie to zrobić - Lewą rękę przybliżacie do pysku konia,kciukiem tej ręki otwieracie pysk konia i wsuwacie do niego wędzidło. Destiny podchodzi do konia a gdy ten chce zbliżyć się do niej , odsuwa się. Przywiązuje konia do boksu i podchodzę do niej.
- Pomóc Ci? - pytam
przytakuje
Zakładam prawidłowo ogłowie i podaje jej wodzę pokazując przy tym jak dobrze trzymać.
- I lepiej stój troszkę dalej by Cię nie podeptał. - uśmiecham się - Czy pomóc komuś jeszcze ? - następuję głucha cisza
- Rozumiem że nie a więc idziemy myć - mówię
Ruszamy z koniami na plac do ujeżdżania.
Przywiązujemy je do płotka i podaje każdemu wiadro z ciepłą wodą i przyrządami do pielęgnacji.
- A więc to jest zgrzebło i najlepiej nim czyścić pod włos, potem bierzemy miękką szczotkę i szczotkujemy zgodnie z kierunkiem wzrostu sierści. - robię to a następnie tłumacze i czyszczeniu kopyt, grzywy, ogona, pysku, oczu i chrapy. Destiny znowu wymięka przy myciu pyska. Rozumiem że się boi. To duże i niebezpieczne zwierze. Podchodzę do niej. Na ręce kładę sobie nawilżoną ściereczkę i dotykam nią konia. Karze jej położyć swoją dłoń na moją i prowadzić po pysku konia. Marwari parsknął i przysunął nos do dziewczyny by go pogłaskała. Nie pewnie go głaska.
Zarzucam na niego siodło i solidnie zapinam.
Dochodzę do Fryza i robię to samo co u konia Destiny. Po chwili zarzucam lewą nogę w strzemię, następnie drugą przekładam przez konia i wkładam w drugie strzemię.
- Cóż, wsiadamy - uśmiecham się
Irene próbuje wsiąść i spada z niego. Zaczyna panicznie krzyczeć.
- Najpierw włóż jedną nogę, potem drugą. W strzemiona a nie w powietrze.
W końcu jej się udało. Ciemno włosa blondynka tylko patrzy się nienawistnie na konia.
- Jeśli chcesz możesz pojechać ze mną - proponuję
Przytakuje.
Pomagam jej wsiąść przed siebie. Podaję jej wodzę trzymając jej ręce tak by zrobić koszyczek dzięki któremu nie spadnie. Koń rusza spacerkiem. Normalnie gdybym był sam ruszyłbym galopem, teraz trzeba zacząć od podstaw. Dla osoby bojącej się to i tak już wielki postęp. Czasem zerkam na Irene która nienawistnie denerwuje się na konia, ponieważ ten zatrzymuje się w miejscu i nie chce ruszyć. Czasem ukrywam śmiech. Dzień powoli dobiega końca.

SatanaeMysterium.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Destiny:

Wszystko ma niebywale jasne kolory i rozmyte kontury. Gdy idziemy przez pola napotykamy starego wieśniaka z widłami.
- Czegoż wy dzieci tutaj szukacie? - lekko się trzęsie.
- Potrzebujemy się gdzieś schronić.-odpowiada Arakiel.
- Z jakiego powodu miałbym to zrobić ?-pyta wieśniak lekko zapijaczonym głosem.
-Możemy pomóc w kuchni i opiekować się zwierzętami.-mówi fioletowo włosa.
- Cóż... nie powiem, że nie przyda nam się pomoc. Ale musicie spać w stajni i robić przy koniach.
- Dobrze, zajmiemy się i dziękujemy.-mówi Arakiel.
Wieśniak prowadzi nas do zniszczonej stajni. W stajni jest kilkanaście boksów z końmi,staję przed wejściem do stajni obok mnie stoi Irene, Arakiel idzie do boksu z czarnym koniem

Grzejnik śmierci.
 

 
Aileen:

Zapaliłam silnik, jednak to trochę potrwało zanim samolot był gotowy do lotu.
Arakiel najwyraźniej był nie co zaskoczony tym że samolot po rozbiciu działa ale zaraz usiadł w koncie przy maszynie z Dastiny a Irene wzięła na kolana Mię i usiadła na jednym wolnym miejscu. Na pokładzie było już ciasno bo samolot jest tylko dwu osobowy.
Powoli wystartowaliśmy.
- Masz jakieś jedzenie? Od rana nic nie jedliśmy. - Powiedział chłopak.
Bez oderwania wzroku od okna, wyjęłam puszkę z konserwa i rzuciłam mu ją.
Na dworze była kiepska widoczność, jedyne co pomagało mi mniej więcej rozpoznać gdzie jesteśmy to lampy na ulicach. W dodatku ten deszcz...
- Gdzie konkretnie mam lecieć? - Zapytałam.
Arakiel wyjął z puszki trochę jedzenia i podał ją Irene.
Sama też byłam bardzo głodna ale wiem że w czasie pilotowania nie powinnam jeść.
- Lec jak najdalej miasta. - Odparł podając Miji czekoladowego batonika.
Lecieliśmy bardzo szybko a za oknem panowała całkowita ciemność.
- Powoli kończy się paliwo. - Krzyknęłam zwalniając samolot. - Musimy już lądować.
Samolot zaczął się mocno trząść. Mia zadławiła się czekoladą. Irene poklepała ją po plecach.
- Nie wiem gdzie wyląduje bo nic nie widzę. - Spojrzałam na popsuty radar.
Powoli lądowałam.
- Szybko wysiadajcie! - Zbiornik z benzyną zaczął się palić.
Wszyscy natychmiast wybiegliśmy z samolotu. Pobiegliśmy przez pole z wysoką trawą.
Samolot wybuchł.
Trawa w okół paliła się.
Deszcz jednak padał co raz mocniej i ugaszał pożar.
Teraz musimy znaleźć sobie schronienie... na wsi?

BuźkaGrozy.
 

 
Irene:

Lecimy ledwo działającym i zmasakrowanym samolotem.Za każdym razem gdy skręcamy,łapię się jakiegoś wystającego pręta,puki się nie urywa i nie muszę zaczynać ufać temu że nie wypadnę przez ledwo domknięte drzwi.
Aileen zaczyna hamować i ląduje na jakimś parkingu.Łyse i zaśnieżone drzewa zasłaniają obskurny budynek z wielkim,ledwo mrugającym napisem „Motel”.
Wychodzimy z samolotu,biorę Mai’ę na plecy a kusze trzymam w rękach tak,żeby w czasie ewentualnego strzelania nie uderzyła dziewczynki .
Wchodzimy do motelu,jest zupełnie pusty,prąd nie działa a z kranów lecą tylko resztki brązowej lub czerwonej wody.
Chodzimy zniszczonymi i zalanymi korytarzami,śmierdzi tu zgnilizną i tytoniem,każda półnaga dziewczyna z podartych plakatów wydaje się patrzeć prosto na mnie.
Przeszukujemy każdy pokój i każdą wypełnioną szczurami łazienkę.
W końcu widzimy Destiny siedzącą na jakiejś wypłowiałej kanapie.Podbiegamy do nich i Aileen zaczyna wypytywać co się stało.
Dziewczyna jest czymś otumaniona i nie kontaktuje zbyt dobrze.
Po jakimś czasie przychodzi też czarnowłosy chłopak i wszyscy wracamy do samolotu.

Białe Kozaczki.
 

 
Arakiel:

Chodzę po szpitalnych oddziałach w poszukiwaniu potrzebnych nam rzeczy. Zapach przypomina mi padlinę. Przy okazji musiałem zabić kilku zombie. Zauważam automat z jedzeniem i piciem. Jak to czasem bywa gdy w poczekalni ludzie robią się głodni a maszyny zżynają z nich miliony pieniędzy za durną puszkę coli. Podchodzę do niego i rozwalam jego przednią szybę. Słyszę słabe miauczenie. Otwieram torbę w której jest Saki i daje jej do pyszczka jedzenie oraz nalewam wodę na rękę i karze jej pić. Chowam do torby wszystko co było w automacie i idę przeszukiwać dalej. W jednym z pokoi na OIOMIE znajduję wielki baniak z wodą źródlaną. biorę ją pod pachę. Wchodzę do jakiegoś pomieszczenia i od razu żałuję że tam wszedłem. Wylęgarnia. Baton sojowy cofną się do gardła. Zatkałem usta dłonią. Tarasuje drogę łóżkami i meblami jakie znajduję pod ręką. Drzwi zamykam na klucz. Kostnica. Umarli żywią się ciałami ludzi, przywracając ich do życia jako roboty. Dosyć na dziś. Przypominam sobie że ze sklepu z bronią zabrałem jeszcze 5 granatów. Otwieram drzwi i wrzucam jednego. Biegnę w stronę wyjścia a po 30 sekundach granat wybucha. Na chwilę tracę słuch i równowagę. łapię się rękami za głowę i kucam. Gdy się odwracam ściany umazane są czymś kleistym i krwią. Wybiegam na dwór. Sprawdzam co u kotka i daje mu kolejną porcje jedzenia. Gdy jestem już przy hotelu zauważam czarny samochód. Chyba Ford. Mężczyzna ubrany w czarny garnitur zaczął dobierać się do Destiny.
- Wyżyj się na zombi cwelu! - podbiegam do niego i z całej siły walę w niego pięścią. On próbuje mi oddać a ja przewalam go na ziemie i polewam jego oczy kwasem znalezionym w szpitalnej apteczce. Ten wyje w niebo głosy. Zapinam bluzkę Destiny, podnoszę i wchodzę z nią do hotelu. Szukam najbliższej kanapy i kładę ją. Jej głowę kłade sobie na kolanach. Po 15 minutach porusza gałkami i siada przerażona.
- Już jesteś bezpieczna - uspokajam ją
- Gdzie ja jestem?
- Bodajże w motelu?
- Czemu nic nie pamiętam?
- Pewnie dał ci jakiś narkotyk. A teraz mam coś dla Ciebie. - Dziewczyna unosi brew w geście zapytania.
Podaje jej wielką torbę w której są słodycze i nie zdrowe napoje.
- wybierz sobie coś. - uśmiecham się
- nie dziękuję, przepraszam.
- Nie ma sprawy . A teraz moja księżniczko pójdę rozejrzeć się po motelu. Gdy by coś się działo wołaj. - całuje ją w czółko i idę zwiedzić pokoje.

SatanaeMysterium.
 

 
Destiny:

Po drodze do hotelu uderzam kilofem o chodnik by zaznaczyć drogę powrotną, albo po prostu z frustracji. Po drodze jest jakoś dziwnie spokojnie. Wchodzę do opuszczonego hotelu,w środku jest bardzo cicho. Wchodzę po zniszczonych schodach potykając się o kamienie. Gdy nareszcie jestem na piętrze z pokojami, otwieram pierwszy lepszy pokój i wchodzę do brzydko urządzonego wnętrza. Znajduję tam małą łazienkę ale jak się było można spodziewać nie ma wody w kranach i prysznicach. Kątem oka zauważam jakiś ruch w długim korytarzu, zdejmuję kilof z pleców i skradam się do drzwi. Wychylam się delikatnie z pokoju by zobaczyć gdzie znajduje się wróg , gdy upewniam się że korytarz jest pusty wychodzę z pokoju. Nie zdążyłam zrobić jednego kroku a już zostałam powalona na ziemię.
-Co do cholery?!-krzyczę zaskoczona.
-Co tak słodka dziewczynka robi w tak niebezpiecznym miejscu sama?-mówi mężczyzna, przykładając mi nóż do gardła, metal przecina mi delikatnie skórę a ja czuję gorącą ciecz spływającą po mojej szyi. W pierwszym momencie nie jestem pewna czy to krew czy ślina mężczyzny przykładającego mi nóż do gardła.
-Zacznę krzyczeć i zwabie tu szwendaczy.-mówię choć i tak wiem że nie ma to najmniejszego sensu.
-Za nim tu przyjdą będziesz martwa, albo w moim bagażniku.-odpowiada mężczyzna ochrypłym i suchym głosem.-Twój wybór.
-Wybieram śmierć.
-Nie masz nic do gadania gówniaro.-mówi i zatyka mi usta jakąś chustką, której zapach jest niezwykle usypiający. Po chwili słyszę tylko podniesione głosy i świst metalu, potem już nie ma nic.

Grzejnik Śmierci.
 

 
Aileen:

Panowała głucha cisza...
Nie zastanawiałam się jednak dłużej nad tym co mam robić.
Wiedziałam że nie mogę zostawić samolotu w lesie a po za tym nie jest jeszcze na złom. Jedyne co się uszkodzilo to zbiornik z bezyna no i dziób się nieco wgniotl.
- Idziemy moi drodzy, pomożecie mi w czymś. - Odparlam i zaprowadzilam dziewczyny w miejsce rozbicia.
- Co masz zamiar z tym zrobić? - Irene zajrzala do środka samolotu.
- Naprawie go. Tylko trochę się uszkodził.
-Więc twierdzisz że umiesz tym latać?
- No tak, co prawda nie mam jeszcze prawa do pilotowania ale latanie to mój żywioł i całkiem dobrze mi to idzie...
- Boję się samolotem. - Powiedziała Mia zakrywajac usta ręką.

Parę godzin to zajęło kiedy musiałam naprawić zbiornik z paliwem, drzwi i wykopać ziemię tak abym mogła się rozpędzić i wylecieć. Na szczęście Irene mi pomogła co zaoszczędzilo trochę czasu, jednak nie była pewna co do latalnia samolotem.
Spakowalam potrzebne rzeczy i nie dbale w rzuciłam je na pokład. Był już wieczór i byłyśmy głodne, odziwo jak na razie nie spotkaliśmy żadnego zombie.
Mia bawiła się moimi goglami i pilotką a kiedy kończyłam przykręcać śruby w drzwiach założyła mi ją na głowę.
Szybko obrocilam się i potargalam bujną czupryne dziewczynki ze śmiechem. Postanowiłam nazbierać trochę patykow na ognisko i pomaszerwalam w głąb lasu z latarką.
Przez chwilę słyszałam szelest i chrzakanie.
Niespodziewanie coś mocno chwycilo mnie za głowę i pociągnęło mnie w tył.
Jęknelam z bólu.
Gdy się lekko obrocilam zobaczyłam w świetle latarki zmasakrowana twarz. Był to zombie. W przeciągu sekundy myślałam jak głupia byłam że nie wzięłam ze sobą broni.
Potwór cały czas skupiał uwagę na mojej głowie, gryzl moją czapkę którą założyła mi Mia. Bez namyślenia cisnelam pięścią w twarz wroga. Ten upadł na ziemię. Teraz z całej siły wdepnelam w jego znasakrowana głowę miażdżyc przy tym jego czaszkę i szybko pobiegłam do samolotu.
- Zbieramy się! - Krzyknelam do Irene i paciagnelam ze sobą Mię. Wsiadłyśmy do samolotu.

BuźkaGrozy.
 

 
Irene:

Budzi mnie głośne i gwałtowne gwizdanie.Na gałęzi obok siedzi jakiś ptak i piszczy irytującym głosikiem.Obdarzam go morderczym wzrokiem.
Zeskakuje z najstabilniejszej gałęzi,czarnowłosy chłopak stoi i coś rysuje a Destiny opiera się o drzewo.
- Wyruszamy do szpitala najpierw ?-Pyta nagle chłopak.
Wszyscy przytakują,zabieramy swoje rzeczy, Aileen bierze mała dziewczynkę za rękę i podążajmy za czarnowłosym chłopakiem,nagle on zatrzymuje się i odwraca w naszą stronę.
-Wyspaliście się?-Pyta z uśmiechem.
-Nie.-Mówię
-Nie,głowa mnie boli- Odpowiada Aileen i zaczyna masować się po skroniach.
Chłopak rzuca jej małą paczkę z białymi tabletkami a mi energetycznego batona.Idziemy dalej.
- Jeśli mamy do cholery żyć razem w tej zasranej apokalipsie to może zaczniemy ze sobą rozmawiać i żyć w w zgodzie. I tak za pewne ktoś z nas umrze więc może w miłych warunkach ?!-Wybucha chłopak.
-Popieram,nie widzę sensu chodzenia w grupie skoro nawet nie możemy na sobie polegać ani nie mamy żadnych relacji-Mówię i gryzę kawałek batona.Smakuje jak papier.
- Równie dobrze możemy się rozdzielić więc decydujcie.
Chłopak znów się zatrzymuje.
- To w razie gdyby szanowne towarzystwo się poklucilo to gdzie mam iść?-Odzywa się fioletowo włosa.
Chłopak robi zażenowaną minę i odchodzi.Patrzymy sobię w oczy zastanawiając się która to zrobi,w końcu Destiny podbiega do chłopaka i zatrzymuję go.
- Jesteśmy nie znającą się prawie grupą osób. Potrzebujemy trochę czasu na przyzwyczajenie się do siebie i nowej sytuacji. Na prawdę chcecie się poddać na samym początku?
- Ponad twa tygodnie to za mało.
-Wiesz,ja na przykład nawet nie pamiętam twojego imienia.Niektórzy potrzebują trochę więcej czasu żeby się zaklimatyzować.Szczególnie w tak mało przyjaznym gronie…-Znów się odzywam i po chwili zaczynam tego żałować.
- Po za tym rozdzielając się skazujemy się na pewną śmierć. Chyba nie jesteśmy aż tak bezmyślni?-Mówi Aileen.
-Róbcie co chcecie, jak coś czekam w hotelu-Destiny idzie w swoją stronę.
- Idę do szpitala, wy idźcie.
Ja ,Aileen i Mia zostajemy lesie.

Białe Kozaczki.
 

 
Arakiel:

Jedyne Co znalazłem w sierocińcu to apteczki, batony energetyczne i butelki z wodą. Pozwoliłem sobie zabrać jednego z pluszowych misi dla Miji. Podchodzę do niej , siedzącej przy ognisku grzejącej ręce. Podaję jej misia i odchodzę. Myślę nad tym by zmienić obóz. Las nie należy do najbezpieczniejszych.
- Chciałbym wszystkich poprosić o przyjście pod ognisko - Wszyscy zbierają się wkoło ogniska i siadają na spróchniałym drzewie. - Musimy zacząć myśleć o zmianie obozu... ma ktoś jakieś propozycje ?
- sierociniec? - proponuję Aileen
- Ej w ogóle, wiecie że możemy zamieszkać w jakimś hotelu. możemy mieć wodę jeśli jeszcze nie odcięli
- trzeba będzie oczyścić
- ale to chyba mała cena jaką dajesz za łóżko i umycie się?!
- W sumie dobry pomysł - mówię by przerwać kłótnie
Zmierzamy o świcie. Po drodze będziemy mijać szpital. Zajrzymy tam po leki.
- Rano idziemy więc spakujcie najpotrzebniejsze rzeczy.
Pakuję w swój plecak zapasy wody, narzędzia i bronie. Gaszę ognisko by nie zwołać umarłych i wchodzę do domku. Owijam się ciepłych kocem, który zabrałem ze swojego mieszkania. Potrzebuję nabrać sił przed jutrzejszą wyprawą.
- Słuchajcie, ale chyba nie zostawimy tu mojego samolotu? Ja wiem że się rozbił ale z nie wielkiej wysokości. - podsłuchuję dialog między dziewczynami
- W dupie z Twoim samolotem!
- Idę wziąć warte - mówi jedna z nich
Myślę że dobrze by było dać jej koc. Na dworze jest mróz. Schodzę na dół. Na warcie stoi Destiny.
- Okryj się nim - podaje jej koc
- Dziękuję
- Jeśli będziesz chciała mogę Cię zmienić. Nie nadaję się na opiekę nad dziećmi. - przyznaję, próbuję się uśmiechnąć i wskazuję na domek na drzewie w którym siedzi Mia.
- Przecież możesz wartować ze mną, we dwójkę zawsze raźniej. - uśmiecha się
- Czemu nie - wyciągam zza pasa łuk i wymieniamy się stronami chodzenia. Udaje mi się zestrzelić kilku umarłych.

Wschodzi słońce, jestem nie wyspany. Trzeba będzie znaleźć jakąś kawę w szpitalu.

SatanaeMysterium.
 

 
Destiny:

O świcie kierujemy się w stronę sierocińca.
- A co będziemy robić w tym sierocincu?-Pyta dziewczyna o fioletowych włosach.
Nikt nie odpowiada. Nadal idziemy w ciszy, gdy znajdujemy się przed wejściem do sierocińca, atakują nas dzieci zombie.Irene strzela z kuszy i zabija wszystkie "dzieci". Arakiel wchodzi do środka i przeszukuje szuflady, Irene stoi i patrzy się przed siebie a dziewczyna o fioletowych włosach, ogląda pomieszczenie.
-Ej chodźcie tu!-woła i wskazuje jakiś obiekt pod łóżkiem.
Pod łóżkiem leży mała dziewczynka,zapłakana i roztrzęsiona.
Fioletowo włosa dziewczyna wyciąga dziecko z pod łożka.
-Weźmiemy ją?-pyta Irene.
-Cóż... nie zostawimy jej tu samej...-odpowiada Arakiel.
- Kim jesteście? -Pyta zapłakana dziewczynka.
- Przyszliśmy tu by znaleźć jakieś potrzebne nam przedmioty do przetrwania. Znaleźliśmy Ciebie i chcemy Cię zabrać.
- A z skoro juz adoptujemy razem dziecko to czy mogę znać wasze imiona?-pyta Fioletowo włosa.
-Arakiel.
-Destiny.-mówię.
-Miło mi jestem Aileen-uśmiecha się fioletowo włosa.- A ty jak masz na imię?
- Jestem Mia Vess - odpowiada nieśmiało dziewczynka pociągając nosem.
Aileen bierze dziewczynkę za rączkę i prowadzi ją do obozu wszyscy idziemy za nią.


Grzejnik Śmierci.
 

 
Aileen:

Ze zdziwieniem przeglądałam się wszystkim obecnym ludziom w obozie. Wariaci? Chodzący zmarli? To trochę nie normalne. Cóż, zastanawiałem się z kat gnijący człowiek wziął się na dziobie mojego samolotu ale nie przepuszczała bym że to zombie.
Postanowiłam że zanocuje tu jedną noc i w tym czasie dowiem się jak wrócić do domu.
Przyglądam się mięsu nad ogniskiem. Chłopak który mnie tu przyprowadził siedzi niedaleko paleniska i najwyraźniej czeka aż mięso się upiecze. Wygląda to ohydnie. To chyba obóz świrów którzy chcą przetrwać samemu w lesie.
- Chcecie to jeść? - Powiedziałam z zażenowanie.
- Coś ci nie pasuje w mięsie? Świeżym mięsie?
Chwilę wpatrywałam się w kawał zakrwawionego królika.
- Słuchaj, co to za las? To ten obok sierocińca?
- Tak, chyba... Jutro planujemy się tam wybrać. - Powiedział i rzucił mi kawałek upieczonego mięsa. - Zjesz to albo głodujesz.
- Nie dzięki, mam własne jedzenie. - Odparłam ze sztucznym uśmiechem pokazując dużą puszkę z konserwa.

BuźkaGrozy.
 

 
Irene:

Siedzę pod jednym z drzew i obserwuję jak czarnowłosy chłopak kuca nad ogniskiem i robi coś z surowym mięsem.
Obok siedzi moja współlokatorka i dawna znajoma z gimnazjum,która topi śnieg w pustej puszce po konserwach i ogrzaną wodą myje sobie twarz.
Podchodzi do mnie wychudzony kot i zaczyna ocierać się o moją nogę,głaszczę go po głowie i w końcu siada mi na kolanach.Bawię się jego miękkim ogonem i drapie za uszami.
Zaczynam zastanawiać się,czy gdziekolwiek prowadzone są jakieś ewakuacje,kwarantanny.Cały świat jest w tym czy tylko Nowy Orlean?
Istnieje jakieś lekarstwo?
Bezradnie siedzę pod drzewem i cieszę się z kolorowych płomieni,które chociaż na chwilę pozwalają się ogrzać.
Za każdym razem kiedy przymykam oczy,wydaję mi się że w oddali spacerują gnijące i rozszarpane ciała.Są coraz bliżej.

Białe Kozaczki.
 

 
Arakiel:

W głębi lasu szukam zwierzyny na obiad. Robi się coraz zimniej z czym coraz mniej zwierząt. Poślizguję się na mokrej trawie i upadam na plecy. Mój wzrok przykuwa dym unoszący się w północy. Otrzepuje się ze śniegu i idę w jego kierunku. Słysze lekki szloch więc przyśpieszam. Gdy jestem na miejscu znajduję nie wielki rozbity samolot a na jego skrzydle smukłą dziewczynę o ciemno granatowo fioletowych włosach i bladej cerze, ubrudzonej trochę czarnym smogiem.
- halo?
Odwraca się do mnie.
- O nareszcie jakiś człowiek! Możesz mi powiedzieć gdzie jesteśmy?
- w lesie...
- bo wiesz rozbiłam się i ...
- no bywa, a teraz idziesz czy wolisz żeby dym przywołał umarłych i Cię zjedli jak przekąskę?
- tak tylko wezmę parę rzeczy...
Odwracam się gdyż słyszę szelest w liściach. Jest to zając. Celuje łukiem i strzelam mu prosto w czoło. Nie jest to dużo mięsa ale zawsze coś.
Dziewczyna zeskakuje z skrzydła z nie dużym plecakiem
- a gdzie właściwie idziemy?
- do obozu
Kierujemy się w stronę obozowiska a gdy jesteśmy na miejscu karze jej się rozgościć, a sam idę przyrządzić królika. Większość osób tylko siedzi i nie robi nic pożytecznego. Dzień ten wydawał się spokojny. Nawet Saki wyszła się przywitać z nowymi gośćmi. Poczułem się jak w rodzinie.

SatanaeMysterium.
 

 
Destiny:

Całą noc spędziłam na ziemi która stała się mokra
od moich łez. Jestem odwodniona więc wyruszam na poszukiwanie źródła. Po drodze, zauważam jakiegoś człowieka.Rzucam się na niego i przewracam na podłogę.
- Co do cholery?! -siłuje się ze mną.
Po chwili uśmiecha się a ja dopiero wtedy orientuje się kim jest, przestaje walczyć.
- Co za miłe spotkanie-mówi i wstaje poczym podaje mi rękę.
Łapię ją i wstaję.
-Przepraszam że cię zaatakowałam.-mówię.
-Nie ma sprawy, jestem trochę podobny do tych śmieci.
-Nie jesteś. A teraz muszę już iść.
-Nie zostań. W grupie będzie nam bezpieczniej.-mówi.
-To dogonię was za chwilę, muszę załatwić pewną rzecz...-mówię i spuszczam głowę by ukryć łzy napływające mi do oczu.
- Pójdę z Tobą. Mam broń.
-Nie trzeba,to zajmie tylko chwilę. -mówię i idę w stronę "grobu" Liam'a, chłopak nie ustępuje i idzie za mną.-Naprawdę nie potrzebuję obstawy.
- Cóż... bywa.-mówi i nadal za mną idzie.
Słysze jego gwizdanie i świst metalu. Dochodzę do małej górki która jest "grobem" Liam'a. Wyjmuję z torby niezapominajkę (ulubiony kwiatek Liam'a),kładę na "grobie".Znów wspomnienia zawalają moją głowę. Z zamysłu wyrywa mnie głos chłopaka.
-Brat?-pyta.
-Można tak powiedzieć.-mówię i spuszczam głowę, mrugam by odpędzić łzy.
- Przykro mi.
-Tak będzie lepiej.-mówię i próbuje się uśmiechnąć ale wygląda to bardziej jak grymas bólu.-Idziemy?
Arakiel wkłada swoje palce w moje splątane włosy i patrzy mi w oczy.
- Masz nie pozwolić się zagryźć , rozumiesz?
-Ty też.
Arakiel całuje mnie delikatnie w usta i odchodzi w głąb lasu.

Grzejnik Śmierci.
 

 
Aileen:

Nie leżałam w rozbitym samolocie zbyt długo, natychmiast chwyciłam za klamkę jednak drzwi same wypadły. Widziałam siwy dym. Było cicho, słyszałam tylko swoje kasłanie i oddech. Wybiegłam na dwór i zdjęłam gogle. Buty miałam lekko osmolone a z rąk leciała mi krew. Zobaczyłam ze w tyle samolotu benzyna zaczęła się lekko palić. Szybko chwyciłam gaśnice z zadymionego pokładu i zgasiłam pożar. Przy okazji przypomniałam sobie o zmarlaku który znalazł się na dziobie. Wolno podeszłam do przodu samolotu. W rozkopanej ziemi było widać przygniecionego zgniłego człowieka. Chciałam upewnić się ze nie żyje. Podeszłam i chwyciłam go za rękę. Brak pulsu. Jak on się tam wziął?! Nie ważne. Teraz muszę pomyśleć jak się z tond wydostać.
Gdy pokład się trochę wywietrzył postanowiłam pogrzebać w jego wyposażeniu. Musi być jakieś jedzenie. Zajrzałam do apteczki i wyspałam cała jej zawartość do mojego szarego plecaka. Potem między różnymi maszynami zobaczyłam spadochron i parę puszek z konserwami. Wszystko co wydawało mi się do użytku brałam do plecaka.
Żałowałam ze nie wzięłam komórki z domu bo przez ten idiotyczny błąd jestem udupiona. W ogóle po co ja bez prawa pilotowania chciałam wejść do samolotu?!
Wyszłam z pokładu i usiadłam na skrzydle samolotu. Otworzyłam pierwszą puszkę konserw w której były pomidory. Zaczęłam je jeść przyglądając się lesie. Po zjedzeniu całej zawartości puszki, cisnęłam nią w głowę zmiażdżonego trupa.
Niespodziewanie usłyszałam szelest.

BuźkaGrozy.
 

 
Irene:

Całą noc przesiaduje na gałęziach i ćwiczę chodzenie po drzewach.
Kiedy słońce zaczyna wschodzić wdrapuje się do małego drewnianego domku.
Na podłodze leży czarnowłosy chłopak,kucam i delikatnie szturcham go ręką.
- Czego ?
-Idziesz ze mną po tą broń czy nie?-Pytam i zarzucam na siebie plecak.
-Ta.
Schodzimy na dół,przypominam sobie drogę do najbliższego sklepu z bronią,który ominęłam uciekając w stronę lasu.
-Wiesz gdzie idziesz?-Pyta chłopak patrząc na mnie jak na idiotkę.
-Oczywiście-Zapewniam go.
Idziemy w ciszy.W myślach przeklinam śnieg,którego z każdą sekundą wydaje się być coraz więcej.
Zima jest jedynym plusem.Wirusy szybciej rozprzestrzeniają się w cieple,a ja nadal nie wiem przez ile sposobów można się tym zarazić.
Dochodzimy do sklepu a ja przechodzę przez otwarte na oścież drzwi,na których nadal wisi tabliczka „Wrócę za 5 minut”.
Czarnowłosy pośpiesznie wybiera jakąś broń i idzie do apteki naprzeciwko.
Ja rozglądam się w poszukiwaniu kuszy,kiedy znajduje stoisko z nimi wybieram jedną i szukam strzał.
Strzelam w korkową tablicę wiszącą nad kasą i w tym samym czasie okno przede mną rozbija się i do środka sklepu wpada czarnowłosy chłopak.
Celuje w jego stronę.
-Nie strzelaj-Prosi robiąc smutną minę.
-Czemu nie wszedłeś drzwiami?-Pytam unosząc brwi.
-Tak jest efektowniej.
-Okej,więc żegnaj-Mówię i wkładam jeszcze kilka strzał do kołczana.
-Nie odchodź,poznajmy się.
-Jak się nazywasz?-Pytam.
-Jestem Chris a ty ślicznotko?
-Irene Adler.Nie chcesz może wstać?
Chłopak wstaje.
-Opatrzyć ci to?-Pytam i zaczynam wyciągać moje lekarskie akcesoria.Chłopak potrząsa głową i każe mu usiąść na krześle,wyciągam odłamki szkła z jego rąk i twarzy.Ten tylko przygryza wargę.
Kiedy kończę oblewam go wodą utlenioną i każdą małą rankę zaklejam kolorowym plastrem.
-Dziękuje.-Mówi do mnie chłopak
-Nie ma za co.A teraz żegnaj-Mówię i idę w stronę drzwi.
-Poczekaj!
-Co znów?
-Mam nadzieję że się kiedyś jeszcze spotkamy-Podchodzi do mnie i mnie przytula.Odwzajemniam i wychodzę ze sklepu.
Idę w stronę apteki w poszukiwaniu czarnowłosego chłopaka.

Białe Kozaczki.
 

 
Arakiel:

Minęło już 5 dni od apokalipsy. W tym czasie zdążyłem zabić z 13 umarłych, rozbić obóz i właśnie teraz szukam jedzenia. Z daleka zauważam pod drzewem pewną postać. Z przekonaniem idę, że jest to kolejny zombie. Kroczę z tasakiem podgwizdując by ten się zerwał na nogi. Gdy jestem już u celu, widzę , że to człowiek. A nawet znajomy. Nie mogę sobie przypomnieć imienia dziewczyny. Nie ma żadnych ran. Kucam i potrząsam nią. Dziewczyna budzi się, zerka na mnie i zaczyna krzyczeć.
- Jestem człowiekiem, nie krzycz bo przyjdą umarli. Chodź ze mną - podaję jej rękę. Ona łapie się jej i idzie za mną. Zaprowadzam ją do obozowiska i wrzucam na domek na drzewie plecak i zamykam tam kota.
- Rozgość się. - robię gest ręką , który zaprasza do obozowiska - Masz ze sobą jakąś broń ?
- Ta - odpowiada
- Umiesz się nią posługiwać ?
- Ta
- Zostajesz czy idziesz? - pytam kierując się za siatkę. Kobieta wstaje i idzie za mną - Znam cię , ale nie kojarzę Twojego imienia.
- Irene
- Ah tak. Idę upolować jakąś zwierzynę na kolacje. Może będziesz tak miła i zbierzesz jakieś owoce... ?
- Ta
Oddalam się kawałek w głąb krzaków. Kilka metrów dalej chodziła sarna. Wyciągnąłem zza pasa tasak, wycelowałem i rzuciłem. Zwierzyna wydała piskliwy dźwięk i runęła na ziemie. Podchodzę do niej, łapie za tyle kończyny i wlokę do obozowiska nie interesując się nową osobą.
Irene dobiega do mnie i próbuję dotrzymać mi kroku. W obozie rzucam zwierzynę na ziemie. Biorę nóż i ćwiartkuję na kawałki do jedzenia i te do śmieci. Przez przypadek nie nacinam ta gdzie powinienem i tryska na mnie krew. Wycieram ją ręką rozmazując ją na całej twarzy. Po 30 minutach sarna jest gotowa do pieczenia.
- Możemy iść do jakiegoś sklepu i znaleźć lepszą broń niż...Nóż do mięsa? - przerywa cisze Irene.
- Jutro o świcie wyruszymy
Podpalam ognisko i kładę na ruszcie mięso. Idę do plecaka i wyciągam z niego wodę ze źródła. Czyszczę nią twarz.
- Chcesz? - pytam podkładając jej butelkę.
Przewracam mięso na drugą stronę.
- Medycyna. - mówi
- Co ? - pytam zdezorientowany podnosząc jedną brew
- Studiowałam medycynę. - wyjaśnia
- Gratuluję. Już nie postudiujesz. - zdejmuję sarninę i rzucam ją jej do ręki. Sam zjadam drugi kawałek szybko by napełnić swój żołądek który zaczynał trawić sam siebie. Zbliża się noc więc wchodzę do domku na drzewie.
- Radziłbym Ci tu wejść jeśli nie chcesz zostać pożarta w pierwszy tydzień apokalipsy - krzyczę z góry głaszcząc kota za uchem

SatanaeMysterium.
 

 
Destiny:

Od dziecka marzyłam by po mieście biegały martwe ciała bez duszy. Teraz stoję na dachu i spoglądam na zombie otaczające akademik. Nie mam drogi ucieczki. Gdybym chciała skoczyć na drugi dach, zabiłabym się. Zostaje tylko odliczanie minut do śmierci. Muszę znaleźć Liam'a i Chrisa. Moja histeryczna współlokatorka uciekła oknem. Mam nadzieję że dobrze się bawi. Biorę siekierę i zbiegam z nią na 1 piętro. Rozbijam komuś drzwi.
-Przepraszam koleś ale chcę żyć.-mówię do jakiegoś chłopaka schowanego w szafie, który płacze.
Rozbijam okno. Zastanawiam się czy przypadkiem nie skręcę sobie karku, ale czy mato jakieś znaczenie. Skaczę z okna prosto na jakiegoś człowieka. Upadamy na ziemię.
-Serio Chris?-pytam.
-No co?-unosi brew.
-Spacerujesz sobie w trakcie apokalipsy ,bez broni.-denerwuję się.
-Bo to było tak, siedziałem se z Liam'em i nagle coś rozpieprzyło nam drzwi, i Liam dostał nimi w ryj.-opowiada.
-Musisz mi to teraz opowiadać?!-pytam zirytowana.
-No chciałaś wiedzieć. No i, to coś co rozpieprzyło nam drzwi zaczęło jeść Liam'a ale ja się zdenerwowałem, bo tylko ja mogę jeść Liam'a i go gryźć. No i, ja uderzyłem to coś jakimś drewnem. I to coś zdechło. Ale Liam oszalał i chciał mnie zjeść.-mówi i robi smutną minę.
-Cholera. A gdzie on jest teraz?-pytam.
-No gonił mnie, ale ja się zmęczyłem. O patrz idzie.-mówi i wskazuje na coś zamoimi plecami.
Odwracam się i mój cały świat się wali.
-Liam...-mówi i do moich oczu napływają łzy, nienawidzę tego.
Fala wspomnień aż boli, patrzę się na to coś czym się stał szukając tego małego chłopca o brązowych włosach i rozczochranych blond włosach. Nogi uginają się pode mną a ja upadam na kolana. Coś co kiedyś było małym chłopcem zaczyna iść w moją stronę wydając przeraźliwe dźwięki.Zaczynam płakać, jak mała histeryczka ale nie mogłam tego powstrzymać, czułam się jakby ktoś wyrywał cząstkę mnie. Liam ominął mnie ale poszedł do Chrisa, rzucił się na niego, Chris i Liam leżeli razem na betonie. Biorę głęboki oddech i zamykam oczy. Biorę siekierę w moje trzęsące się ręce i podchodzę do Liam'a. Mam przewagę bo niczego się nie spodziewa.
-Przepraszam...-mówię przez łzy.Biorę zamach i wbijam mu siekierę w głowie. Liam pada na podłogę. A ja znów ląduje na kolanach.
-Dlaczego go zabiłaś?!-krzyczy Chris.
Nie odpowiadam tylko chowam głowę w kolanach.
-Jesteś idiotką.-mówi i wyjmuję siekierę z głowy Liam'a. Słyszę to jak odchodzi.
Nie mam siły go zatrzymywać, straciłam wszystko. Nie mam broni, nie mam nic. Nie mogę leżeć w tak widocznym miejscu. Próbuję wstać ale na marne. Druga próba już się udaję, nogi trzęsą się pode mną, zaczynam iść w stronę jakiegoś sklepu, dla górników, uparcie ciągnę Liam'a jakbym jeszcze mogła go uratować.

Po paru minutach wędrówki bocznymi ulicami, jestem w jakimś górniczym sklepie, kradnę kilofy i jakiś worek na węgiel. Wrzucam do worka Liam'a i wyruszam w dalszą wędrówkę. Decyduję się wyruszyć do lasu, chociaż po to by zakopać tam Liam'a,wole miasta niż lasy, ale on zawsze kochał lasy.

Wędrówka jest długa ale opłacalna, w lesie nie ma jeszcze żadnego zombie. Zaczynam kopać dół kilofem co nie ma sensu bo tylko go tępię, ale mój geniusz zapomniał by wziąć łopatę. Przy kopaniu dołku umilam sobie czas śpiewaniem ulubionej piosenki Liam'a. Gdy dół jest potowy wrzucam do niego worek z ciałem i stoję nad"grobem" śpiewając jakieś ulubione piosenki chłopaka. Zakopuje go. Później siadam pod drzewem , płacząc nad tym że zostałam sama, że zabiłam Liam'a, śpiewam piosenki które zawsze śpiewaliśmy gdy było nam smutno. Niestety teraz nie pomagają.

Grzejnik śmierci.
 

 
Aileen:

Nie będę czekać na prawo do pilotowania. Od jakiegoś czasu facet nie odzywa się by umówić się na naukę latania samolotem wiec nie będę na niego czekać. Wsiadam do starego, wojennego samolotu po moim dziadku i lecę. Muszę przyznać że całkiem dobrze mi to idzie.
Cóż bardzo dziwne, miasta są opustoszale, widać tylko parę meneli kręcących się przy blokach. Puki co lecę bardzo blisko ziemi ale kiedyś pod okiem instruktora potrafiłam wznieść się po nad chmury i szybować po niebie z ogromną prędkością.
Uwielbiam latać, jako dziecko zawsze chciałam to potrafić. Rodzice mówili mi ze to niebezpieczne ale teraz nie mają nic do gadania gdyż nie żyją.
Zamyślona leciałam nad lasem. Zamknęłam oczy pogrążona w zachwycie. Nie zauważyłam nawet ze lecę coraz bliżej ziemi.
Nagle zahaczyłam o drzewo. Szybko chwyciłam za ster i opanowałam sytuacje.
Nie spodziewanie na dziobie zauważyłam zakrwawiana rękę a potem całe ciało. Był to gnijący człowiek który trzymał się mojego samolotu. Pierwszy raz widziałam coś takiego. Przerażona, przestałam panować nad maszyną. Samolot runął między drzewa z hukiem. Dobrze ze byłam blisko ziemi bo inaczej było by po mnie.

BuźkaGrozy.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Irene:

Najgorsze było przyzwyczajenie się do tego wszystkiego,rozkładające się zwłoki chodzące ulicami,wszechobecny odór zgnilizny i zagrożenie życia z każdej możliwej strony.Nie możesz nawet spokojnie zasnąć by mieć pewność że rano obudzisz się w takim samym stanie.Nadal się z tym nie zgadzam.
Jednak zabijanie ich jest gorsze.Jedyne czego się do tej pory nauczyłam to uciekanie,wycelowanie w głowę i chowanie się na dachach.
W czasie kompletnego chaosu i paniki na ulicach,można było robić niemoralne rzeczy i okraść parę sklepów,w tym apteki i akcesoria ogrodowe.Siekiera,scyzoryk i jakiś ogień.Jedyne co udało mi się wygrzebać pośród rozhisteryzowanych(tak samo jak ja) i przestraszonych ludzi.
Po drodze nasunęło się jeszcze jakieś jedzenie.
Teraz idę ulicą i szukam miejsca gdzie ewentualnie można by było się zatrzymać.
Jak na razie zabiłam,lub jak kol wiek nazwać unieszkodliwienie czegoś co już nie żyje,2 osoby.
Kiedy widzę jakieś rodziny lub grupy,które razem uciekają,zaczynam żałować że sama nie przyłączyłam się do nikogo.Apokalipsa w grupie byłaby przyjemniejsza,ciekawsza i bezpieczniejsza.
Ciągle przebiegają obok mnie ludzie,ale nie jest ich już tak dużo jak dwa dni wcześniej.
Nie wiem co ze sobą zrobić ani jak zmyć tą krew z dłoni.Jest zimno a zwłoki na ulicy zaczyna przykrywać coraz gęstsza warstwa białego puchu,idealny czas na koniec świata.Idę w stronę lasu,wchodzę w głąb i chowam się przed ludźmi.Siadam pod jednym z drzew i obserwuję ulicę.Zaczynam płakać,po jakimś czasie moje oczy same się zamykają,ciało odmawia mi posłuszeństwa i zasypiam.

Białe Kozaczki.
 

 
Arakiel:

- Saki do cholery! przeszkadzasz mi... - Odsuwam nogą kota, a ten patrzy się na mnie z wyrzutem. - eh... nienawidzę jak tak robisz. Przepraszam. - biorę kota na ręce i daję całusa. Rzucam go na podłogę. Ktoś dobija mi się do drzwi. Otwieram i widzę człowieka (wtedy jeszcze tak myślałem) bladego o ruchach robota. Śmierdział zgniłym mięsem i próbował mnie ugryźć.
- Co do kurwy nędzy?! - zakląłem, odsunąłem się i sięgnąłem po gitarę , którą uderzyłem to coś w głowę. Oprócz tego, że skrzywiła mu się w niemożliwą stronę nadal "żył". Wtedy zrozumiałem, że to zombie. Sięgnąłem po kuchenny tasak i ściąłem mu głowę.
Co ja mam z tym czymś zrobić ? pomyślałem i wrzuciłem ciało do kompostu za domem. Umyłem ręce i wyszedłem na zewnątrz by poznać sytuacje. Tak jak sądziłem jest tego więcej. Cóż... dożyłem apokalipsy. Jeden z "umarłych" (tak ich zacząłem nazywać) rzucił się na jedną z dziewczyn i zaczął kosztować jej gardło. Rzuciłem się na niego z impetem i powaliłem na ziemie, obcinając mu głowę. Dziewczyna zaczęła uciskać swoją ranę i krzyczeć. Była przerażona, jak ja. Ale nie aż tak bardzo, był to dla mnie może szok. Gromadziło ich się jeszcze więcej. Wiedziałem, że nie zostanę tu. Wróciłem do domu i w plecak spakowałem potrzebne rzeczy, takie jak: jedzenie w puszce, woda, tasak, pasta, jakieś ciuchy. W torbę wrzuciłem Saki i zarzuciłem ją na ramie. Szukałem jeszcze jakiejś broni którą mogę użyć. Wziąłem nóż, nożyczki, scyzoryk i żyletki . Właściwie nie wiem po co. Pożegnałem się z pianinem i ruszyłem w stronę lasu zostawiając wszystko i wszystkich.


SatanaeMysterium.
 

 
Aileen:

Wieczorem przygotowałam dużo naleśników, w sądziłam je do lodówki i napisałam na karteczce: Naleśniki do odgrzania.
Nie chciało mi się wstawać tak wcześnie rano bo postanowiłam ze odpuszczę sobie dziś wykłady.
Wstałam o 12 i nie przebierajac się zaczęłam przeglądać gazety współlokatorki. Były to najczęściej magazyny plotkarskie o gwiazdach. Wzięłam korektor w mazaku i zaczęłam malować celebrytom wąsy, dziwne czapki, szpinak w zębach i inne idiotyzmy. Przy okazji przypomniałam sobie o urodzinach babci które były wczoraj.
Cholera, jak mogłam zapomnieć?! Babcia to jedyna blizka mi osoba po tym gdy pięć lat temu moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym.
Bez zastanowienia chwycilam za mają starą, zniszczoną komórkę i wystukalam numer babci.
Po chwili usłyszałam znajomy głos.
- Halo?
- Cześć, to ja babciu.
- A cześć Aile.
- Babciu przepraszam że wczoraj nie zadzwoniłam w związku z twoimi urodzinami ale wiesz jak jest na studiach, mnóstwo pracy i brak czasu. W każdym razie wszystkiego najlepszego.
- Dziękuję ci słońce i nic się nie stało.
- Powiedz jeszcze co u ciebie, jak się czujesz?
- No widzisz wnusiu, całą noc nie spałam, źle się czuje. No ale dość o mnie, co u ciebie, wszystko w porządku? Dobrze się uczysz? Nie powinnaś być teraz na wykładzie?
- Właśnie się uczę w akademiku. - sklamalam nerwowo patrząc się na pomazane zdjęcie w gazecie.
- No dobrze, to ja kończę bo obiad robię. Papa.
- Pa babciu kocham Cię.
Zakonczylam rozmowę. Rzuciłam magazynem w łóżko współlokatorki i weszłam spowroren pod kołdrę.

BuźkaGrozy.
 

 
Irene:

Logan dzisiaj się do mnie odezwał.Zapytał która godzina.
To była najgorsza rzecz w moim życiu,odwrócił się ze swoim uśmiechem,ukazującym brudne i wykrzywione zęby,językiem przeciętym na dwie części i tłustymi włosami.Jak go tu w ogóle wpuścili?
Odpowiedziałam,a ten wzruszył ramionami i wrócił do rzucania się w ławce do dźwięków swojej muzyki.
Po lekcjach jak zwykle poszłam z Martiną do kawiarni,opowiadała o swoim dniu i jakiejś wygadanej starej kobiecie,która zatrzymała ją na ulicy i opowiadała o swoim życiu i o tym jak bardzo potrzebuje pieniędzy na leki,które chcę zakupić w monopolowym na rogu.
Zamówiłyśmy kolejną kawę a Martina kontynuowała swój monolog.
-Wtedy spotkałam Eric’a,chodził po te ulicy z jakąś nową lafiryndą w czerwonych butach.Kiedy przechodziłam to ta zdzira podstawiła mi nogi,więc rzuciłam się na nią,zerwałam z niej buty i rzuciłam na ulicę.-W pewnym momencie wyciągnęła foliową torebkę z kilogramem Świerzych pomarańczy,wzięła jedną i zaczęła obierać ją paznokciami,tak że skórka schodziła bardzo powoli i zatrzymywała się na jej dłoniach.- Zaczęłyśmy ciągnąć się za włosy i ona wyrwała mi kilka moich doczepianych pasemek,więc ja wyrzuciłam jej tandetny kapelusz na trawnik...
Martina przestała mówić i uważnie obserwowała drzwi wejściowe kawiarni,kiedy cichy dźwięk dzwoneczka powiadomił wszystkich o tym że ktoś właśnie wszedł do kawiarni,Martina złapała swoją foliowa torebke i zasłoniła się nią,zawartośc wypadła na podłogę.Schyliła się w moja stronę i zaczeła szeptać.
-Wszedł z tą zdzirą,chowaj się!
-Po co?-Zapytałam i popatrzyłam na niską dziewczynę z naturalnie brązowymi włosami,o delikatnych rysach twarzy.Siedziała w za dużej męskiej bluzie i czapce z jakimś napisem.
-Nie może mnie zobaczyć…-Wbiła paznokcie w pomarańczę.
-Daj spokój-Powiedziałam i zaczęłam sączyć resztę zimnego już napoju.
-Okej,poczekaj tu sekundę.
Martina wstała,poprawiła krótką bluzkę,mocniej zawiązała fioletową wstążkę z tył jej głowy i podeszła do swojego byłego.Usiadła obok jego nowej dziewczyny i najprawdopodobniej zaczęła pytać o absurdalne rzeczy,albo gratulować Eric’owi nowej zabawki.
Kiedy znudziło mi się obserwowanie przedstawienia,zaczełam sprawdzać i notować coś w małym notesie,zawsze leżącym na dnie mojej torby.
Potem słyszałam tylko piski i dźwięki przewracanych rzeczy.

Białe Kozaczki.
 

 
Arakiel:

Siedząc i rysując przed kampusem mijała mnie dziewczyna którą poznałem. Nadal nie skończyłem szkicu. Wpatruje się e małego kwiatka na trawie. Nie znam się zbyt na tym, ale wydaje mi sie, że jest to mlecz. Zaczynam go szkicować. W pewnych miejscach szkicuje cień. Z transu rysownika wyrywa mnie znajomy głos.
- Co robisz? - pyta ciemno włosa blondynka.
Podnoszę głowę.
- Em... rysuję - poprawiam kolczyk w wardze.
- Nie sądzisz że jest za późno?
- Możliwe, ale w tak księżycową noc musiałem wyjść.
- To dobranoc - mówi i odchodzi.
- Czekaj! - krzyczę i gonie za nią. - Chcę poznać Twoje imię
- Destiny
- Arakiel - podaje jej dłoń - Cholera, zapomniałem że cieniowałem rysunek!
- Nic się nie stało
- A więc dobranoc Destiny - wsiadam na motor.
- Dobranoc
Daje gazu i za niecałe 10 minut jest pod swoim wynajmowanym domu. Rzucam szkicownik na stół i siadam do pianina. Moje palce poruszają mnie płynnie po klawiszach. Potrafiłem w ich utonąć. Zamykam oczy i pozwalam porwać się muzyce. Spoglądam na zegarek. 2:34. Postanawiam położyć się już spać. W łóżku przypominam sobie o wypracowaniu. Siadam do laptopa i zaczynam pisać. Niech to szlag z tą historią sztuki. myślę. Mam jeszcze na to 3 i pół godziny uspokajam się histerycznie. Jak tego nie zrobię zawale przedmiot. Podpowiada mi druga półkula mózgowa.


SatanaeMysterium.
 

 
Destiny:

Wracam do akademika i wchodzę do pokoju mojego i Irene. Rzucam rzeczami o ścianę i siadam na oknie.Naglecały pokój zalewa fala głośnej muzyki.Podchodzę do torby i wyjmuję telefon. Odbieram.
-Czego?-mówię dosłuchawki.
-Co to za zachowanie?-pyta mama.
-Takie jak zawsze.
-Naprawde nie możesz mi wybaczyć tych studi?
-Wybaczyłam, ale to święto dziękczynienia spędzam u taty.Kocham cię.-mówię i rozłączam się.
Włączam muzykę na cały pokój i zaczynam tańczyć i śpiewać. Dziwię się że nikt kto mieszka obok nas lub pod nami nie przyszedł ze skargą.
Do pokoju wchodzi Irene,kładzie się na łóżko.Podchodzę do niej i śpiewam nad nią, ta bierze poduszkę i kładzie ją sobie na twarzy. Odchodzę od niej nadal śpiewając i tańcząc. Wchodzę do łązienki, bioręprysznic i przebieram się w jakieś ciuchy, robię lekki makijaż i wychodzę z Kampusu. Przed naszym kampusem siedzi chłopak o niebieskich oczach i szkicuje coś w szkicowniku. Przyśpieszam kroku.

Po 15 minutach jazdy samochodem jestem w barze z Liam'em i Chrisem. Wchodzimy do eleganckiego pomieszczenia i rozkłądamy sprzęt na scenie, robimy próbę i czekam na ludzi. Po niecałych 10 minutach ludzie zaczynają wchodzić do baru. Siedzą pijąc i jedząc. Niektórzy stoją podscenąi oglądają nas w akcji. Przynajmniej mogę łączyć dobre z pożytecznym. Po kilku godzinach śpiewania, mogę iśc do domu. Właściciel daje nam kasę i wracamy do kampusu. Żegnamy się przedgłównym budynkiem i każdy idzie w swoją stronę.

Grzejnik śmierci.
 

 
Aileen:

Z akademika wyszłam całkiem nie wyspana. W ręku nioslam projekt, który dokanczalam wczoraj w nocy. Temat pracy miał być sztuką przedstawiająca "mnie". Nie myślałam nad nim zbyt długo. Do szklanego akwarium wyspałam wiele różnych rzeczy a na przodzie przykleilam maskę mojej odlewnej twarzy którą pomalowalam.
Szybko wbieglam po schodach i zanioslam pracę do sali.
- Witam panno Aileen, jak zawsze spóźniona. - Powiedział podejrzany wykładowca w różowej marynarce.
Nie patrząc facetowi w oczy postawiłam projekt na jego biurku i odslonilam plachte. Ludzie w sali spojrzeli na nią z zaciekawieniem i drwina. Przy okazji popatrzylam tez na ich prace. Najczęściej były to obrazy i figurki przedstawiające ich.
- Myślisz ze właśnie tak wyglądasz? - zapytał nauczyciel.
- To jestem ja. W środku mnie znajdują się różne myśli a moja twarz to jedynie maska za którą się
kryje.
Facet spojrzał się na mnie z drwina.
- Siadaj, nic nie zrobiłaś. Ta praca to porażka panno Aileen.

BuźkaGrozy.
 

 
Irene:

Ledwo przytomna wychodzę z pokoju i potykając się o prostą powierzchnię,wchodzę do kuchni.
Staję w długiej kolejce,by wreszcie móc otrzymać swój talerz z jedzeniem.
Blada dziewczyna o fioletowych włosach spogląda na mnie i kiedy już mam odejść zatrzymuje mnie jej znajomy głos.
- Ej, ja ciebie znam!
-Doprawdy?-Pytam i mierzę wzrokiem jej twarz.
- Irene Adler?
-Owszem.A ty?
- Aileen. Znam cię z gimnazjum. Byłyśmy przyjaciółkami, pamiętasz?
-A,tak…to ty…-Mówię i nagle zalewa mnie fala wspomnień związanych z niską,bladą,ciemnowłosą dziewczynką .Zaczynam udawać śmiech.-No cóż,zmieniłaś się…niepoznałam cię z tymi.Włosami.
- Za to ty wcale się nie zmieniłaś.-Powiedziała z uśmiechem.
Zauważam liczne tatuaże,które tworzą kolorowe rękawy na jej rękach.
Jakiś chłopak za mną zaczyna narzekać i mnie pogadniać.Wzdycham teatralnie i idę na swoje miejsce przy długim stole. Aileen nakłada jedzenie reszcie czekających,a ja przeżuwam w milczeniu.
Nade mną stoi jakiś chłopak o czarnych włosach i jasnych oczach.Blady,tak samo jak moja dawna znajoma.Na dziś dość bladych ludzi.
- można tu usiąść ?
-Mhm…
-Smacznego.
-Nawzajem.
- Nie widziałem Cię tu nigdy.
-Cóż,ja ciebie też.
- Rzadko przychodzę tu jeść.
-Co studiujesz?-Pytam.
-Muzyka-Odpowiada a ja patrzę na naścienny zegar licząc ile minut zostało mi do rozpoczęcia pierwszego wykładu.
-Do zobaczenia-Wstaje i biegnę po schodach do swojego pokoju.

Białe Kozaczki.
 

 
Arakiel:

Zakończyłem swoją zmianę. Idę na magazyn po torbę i wychodzę tylnym wyjściem. Wsiadam na motor, zarzucając na głowę kask. W połowie drogi zauważam dziewczynę leżącą na trawie pod drzewem. Zatrzymuje się by zobaczyć co się stało. Ruszam w jej stronę. Okazuje się że ciało nuci coś i zapisuje w zeszycie.
- Przepraszam, myślałem, że coś się stało.
- Nie, nic mi nie jest. - odpowiada
W świetle lampy widzę jej ciemne blond włosy i mocno czerwoną szminkę.
- Jeśli wolno spytać... co nucisz ?
- Piosenkę
- Komponujesz ? - pytam z zaciekawieniem
- Trochę
- Miłej nocy, do widzenia - żegnam się z dziewczyną i wracam do domu.
W domu biorę z lodówki jakieś jedzenie i maszeruję do laptopa. Włączam skrzynkę mailową. "1 nowa wiadomość"

14.11.2014
Witaj Synu
Zaraz święto dziękczynienia, więc pisze czy w tym roku łaskawie nas odwiedzisz. Jest to dla nad ważne, iż gdy nie przyjedziesz, kupujemy z ojcem bilety i lecimy do Waszyngton.
Niestety tak wyszło, że dla Ciebie biletu nie będzie. Ale raczej się tym nie martwisz, przecież masz dużo przyjaciół...
Nasz przyjaciel Jonny, chciałby jakiś obraz. Może góry? Powierzamy Tobie to zadanie (no bo komu innemu) i mamy nadzieję, że wyrobisz się w okresie 30 dni.
Ojciec wyśle Ci pieniądze na konto za jakiś tydzień.
Kochamy i buziaczki.
Mama


Co za szmata.

14.11.2014
Kochana mamusiu
Mam w dupie Twoje bilety tak samo jak szanownego pana Jonny'go. Nic nie będę rysować , a święta spędzę na uczelni. Na pewno szykują się ostre melanże i do tego wódka. Oczywiście zapomniałbym o najważniejszym. Prosiłbym o szybsze przelanie pieniędzy bo muszę oddać kolesiowi kasę za marihuanę i amfetaminę.
Kocham !
Syn

Nie sądziłem, że kiedyś napisze tak do rodziny. Ale od kilku miesięcy miałem ochotę to zrobić. Położyłem się do łóżka myśląc o dziewczynie "poznanej" pod drzewem. Jezus. Jesteś idiotą. Najważniejsza jest teraz nauka, praca i pianino. Kogo ja oszukuję. Walczę sam ze sobą. Zasypiam z myślami o matce i ojcu.

SatanaeMysterium.
 

 
Destiny:

Znów nie poszłam na wykłady, po prostu zaspałam. Ale przecież to nie moje marzenie zostać lekarzem tylko moja mama bardzo tego chce. Siadam na trawniku i czekam aż przyjdzie Liam z Chrisem. Kładę się na trawie i patrzę na niebo. Po 15 minutach przychodzi Liam, jest blondynem o brązowych włosach. Gdy podchodzi rzuca we mnie zeszytem.
-Przeczytaj to.-mówi.
-Może jakieś Dzień Dobry?-mówię i otwieram jego zeszyt.
-Widzisz to?-mówi i pokazuje ostatnią stronę swojego zeszytu.
-Ktoś dał ci swój numer, to uważasz za takie straszne?-unoszę brew.
-Tak, przecież dopiero co zerwałem z Becky.
-To ona zerwała z tobą...
-Nie. Nie znasz całej prawdy, no ale przechodząc do sprawy, nie mogęsię terazz nikim spotykać żeby nie zepsuć swojej reputacji.
-Nie masz reputacji,skarbie.
-Ty też.-mówi i zabiera mi swój zeszyt.
-Bo przyjaźnie się z tobą.-uśmiecham się.
Siedzimy pod drzewami i opowiadamy sobie jak minął nam poranek. Gdy przychodzi Chris,Liam wyjmuje gitare i resztę dnia spędzamy na śpiewaniu piosenek.

Grzejnik śmierci.
 

 
Aileen:

Jest 2 w nocy a ja wciąż nie mogę dokończyć tego projektu. Myśl o tym ze muszę wstać jutro przed piątą, mnie naprawdę dobija. Codziennie przed świtem muszę robić prawie całemu akademikowi śniadanie by zarobić trochę na rachunki. Jedyne co w tym dobre, jest to ze nie muszę płacić za posiłki.
A potem prosto na wykłady i beznadziejne projekty. Ludzie i tak nie doceniają mojej pracy. I ta mała słodka blondyneczka z mojego pokoju jest nie do zniesienia. Niby słucha muzyki na słuchawkach ale bardzo głośno i to w nocy. Nie daje mi spać, a kiedy a ja chcę dokończyć jakiś projekt to sama narzeka ze hałasuje. Dobrze ze dziś jest na jakiejś imprezce bo bym nie wytrzymała.
Wreszcie zakończyłam pracę. Jeszcze tylko prysznic i mogę pozwolić sobie na zasłużony chociaż krótki sen.

BuźkaGrozy.
 

 
Irene:

Siedzę w ostatnim rzędzie w lewym koncie Sali,najdalej od drzwi i najbliżej dziwnych osób,które wyglądają jakby pół życia spędzili na ulicy.
Nie wiem co się stało z moim krzesłem.Było w idealnym miejscu,pomiędzy Martiną Jones a Ashley Halvah.Jedynymi osobami które szczerze chciały ze mna rozmawiać i sprawiały że inni też chcą mnie znać .W skrócie,byłam coraz fajniejsza a teraz znów spadam przez Logan’a paillette,zarośniętego 21 latka,którego głośna muzyka w słuchawkach już do końca zagłuszała głos wykładowcy.
Logan zaczął przeżuwać i kruszyć wszędzie kawałkiem chleba posmarowanym czymś tłustym i klejącym.Chyba wyrwę to krzesło i zabiorę je ze sobą na swoje dawne miejsce.
Kiedy tortury się kończą,jak najszybciej biorę swoje rzeczy i biegnę do moich koleżanek.
-Robimy dzisiaj coś szczególnego?-Pytam,a Ashley zniża się tak by jej zielone oczy znajdowały się na wysokości moich.Robi tak zawsze kiedy chce mnie zdenerwować,mimo że wcale nie jestem jakoś przesadnie niska a Martina jest prawie mojego wzrostu.
-Nie wiem jak ty cukiereczku ale ja idę na spotkanie towarzyskie z Campbell’em.Muszę pozaliczać parę rzeczy-mruga okiem a Martina zaczyna się śmiać,prezentując swoje śnieżnobiałe zęby i wiąże długie ciemno brązowe włosy z blond pasmami.
-A ty pójdziesz ze mną do kawiarni,muszę powiedzieć ci parę rzeczy-Martina łapie mnie za nadgarstek i ciągnie przez salę zatłoczoną spoconymi i zmęczonymi studentami.Wydostajemy się na zewnątrz i każda idzie po swoje ubranie wierzchnie,wracamy i wychodzimy na zaśnieżone schody na których Martina prawie się zabija.Idziemy prostą droga do najbliższej kawiarni,siadamy w którymś z wolnych stolików i Martina zaczyna w szczegółach opowiadać mi fascynujące wydarzenia z jej życia,co chwila poprawiając fioletową wstążkę z tył jej głowy.

Białe Kozaczki.
 

 
Arakiel:

Wstaje z łóżka po przez natarczywe dzwonienie budzika. Wyłączam go. Biorę szybki prysznic , wysuszam włosy i zostawiam je w nieładzie. Zarzucam koszule , której rękawy sięgają do nadgarstka. Do torby wkładam kołozeszyt , długopis, szkicownik i ołówek. Nie mogłem się powstrzymać, by przed wyjściem zagrać chociaż jedną trzecią symfonii Beethovena na pianinie. Od dziecka uwielbiałem słuchać dźwięki pianina, nie długo potem przerodziło się to w hobby, a jeszcze potem zacząłem grać. Zarzuciłem torbę na ramie i zamknąłem drzwi. Po drodze wstąpiłem po kawę. Na uczelni powinienem być za niecałe 5 minut , więc zacząłem biec. Nie spóźniłem się. Zająłem swoje dotychczas zajmowane przeze mnie miejsce. Na Auli było już mniej więcej 130 osób. Z rzędu 13 było dobrze widać (mojego). Obok mnie było jeszcze jedno wolne miejsce. Nie siadał tu nikt od początku roku , więc mogłem spokojnie szkicować. Z myślą, iż niedługo zakończę rysunek dębu zapamiętanego z dzieciństwa , czułem się dumny. Na sale wszedł pan profesor.
- Dziś zaczniemy nowy temat z historii sztuki - rozeszło się echo po całej sali
Zatopiłem nos w szkic i udawałem, że słucham. Przetrwałem 50 minut wykładu. Wyskoczyłem z sali jako pierwszy. Poczułem czyjąś dłoń na moim barku. Odwróciłem się.
- Hej, słyszałam, że dobrze umiesz historie, a mi słabo z niej idzie. Nie chciał byś mi udzielić korków - jasno włosa dziewczyna uśmiecha się do mnie słodko , kręcąc pasm włosów na palcu.
- Nie , przepraszam. Jestem zbyt zajęty na udzielanie korepetycji.
- A dasz swój numer - pyta przegryzając wargę
- Śpieszę się - wychodzę z uczelni i kieruję się na swój motor.
Odrywam nóżkę od ziemi i dodaje gazu.
Wczoraj padła pewna sytuacja gdzie wracałem na pieszo do domu zostawiając tutaj motor. Dziś już wracam na nim. Jako barista pracuję również niedaleko w kawiarni. Często spotykam znajomych studentów. Wchodzę na zaplecze i zakładam swój fartuch, który przywiązuje w pasie, by nie zachlapać się kawą. Cóż... czas pracy się zaczyna. Pieniądze szczęścia nie dają , ale na rachunki się przydają.

SatanaeMysterium.
 

 
Arakiel Brando - Pianista, złe relacje z rodziną, studiuje sztukę i muzykę. Jako dziecko jeździł konno. Wirtuoz o dużym talencie artystyczny. Tajemniczy i skryty w sobie. Niestety często niecierpliwy.

Aileen Sommer - Posiada własny samolot, którym lata kiedy zechce. Ma mnóstwo tatuaży i uwielbia sztukę współczesną. Potrafi dobrze gotować. Jej dziwne pomysły zaskakują niemal wszystkich.

Irene Adler-Ambitna,studiuje medycynę,w przyszłości chce zostać lekarzem.Histeryczna i gardząca ludźmi o niskim statusie społecznym.Dobre relacje z rodziną.

Destiny Charming-Studiuję medycynę tylko dlatego że jej matka ją do tego zmusiła,interesuję się muzyką, czasem zachowuje się dość infaltylnie.Nienawidzi dzieci.

Książka jest pisana przez:
SatanaeMysterium
Białe Kozaczki
BuźkaGrozy
Grzejnik śmierci